lunes, 11 de agosto de 2014

NUEVA VUELTA A BANGKOK PARA IRNOS HACIA LAOS....

¡ Por tercera vez estábamos en Tailandia !,de nuevo volvíamos a Bangkok, pero esta vez sería por sólo un día, pues emprenderíamos nuestro camino hacía Laos en un tren nocturno que nos llevaría a NONG KHAI.
Bangkok nos recibió en un día lluvioso típico de época de monzones, pero nosotros le sacamos el máximo jugo, quizás sería nuestra última visita a esta impresionante urbe.
De nuevo recorrimos el barrio chino, de nuevo saboreamos sus platos típicos y sin embargo todo nos era conocido. Aquí en Bangkok, sin haberlo planeado hemos estado cinco veces, unas veces descubriendo los encantos de la ciudad y otras varias, para coger aviones, trenes o autobuses a nuestros destinos, Bangkok es el centro de operaciones de esta parte de Asia, y así la hemos vivido nosotros.....GRACIAS BANGKOK.
Despidiéndonos de Bangkok, solté alguna lágrima, me asemeje a el día lluvioso, el tren nocturno zarpaba de la estación de Hua Lamphong hacía un nuevo destino, Nong Khai en la frontera con Laos, pero los numerosos recuerdos en Bangkok vinieron a mi cabeza.....
Quizás volvamos a vernos, quizás no, pero fue agradable conocerte, te abandonamos para acometer nuevas aventuras, espero que lo comprendas.














After Philippines we had a short stop in Bagkok from where we took the train towards the lao border. Our stopover in the city was short, but still long enough to enjoy watching the heavy monsoon rain from a cozy restaurant near the train station and take a walk till Chinatown. Bangkok- nevermind what they say, I do love you a lot!

Szorcik: z Filipin przylecieliśmy do Bangkoku- miasta które całkowicie już oswoiliśmy i całkiem dobrze znamy. Ta ostatnia wizyta była raczej krótka- kilkunastogodzinny postój w oczekiwaniu na pociąg mający nas zabrać na granicę z Laosem. Starczyło nam jednak czasu, aby dokładnie przyjrzeć się monsunowej ulewie, starannie ukryci pod zadaszeniem przydworcowej restauracji oraz wybrać się na całkiem długi spacer po chińskiej dzielnicy. 


sábado, 9 de agosto de 2014

¡¡¡ SALAMAT PO FILIPINAS !!!


¡¡¡LAS FILIPINAS!!! sin duda 18 días llenos de emociones, de felicidad y de momentos inolvidables.
Aquí quizás e disfrutado mas debido a la "cercanía" de sus gentes ,debido a la impronta que dejó la colonización del Imperio español ,salvando claro está su devoción irrevocable a la fe de Cristo.
Filipinas nos recibió de manera hospitalaria en la isla de Luzón, donde junto a nuestra amiga Jepril no dejamos ni un segundo de disfrutar de todo lo que nos acontecía, los lugares, sus amigos y los viajes hacía los puntos mas carismáticos de la isla. Aquí aprendimos a saborear la cultura filipina desde dentro , de la mano de Jepril.
Adoré pasearme por las calles y descubrir la proximidad de tantas cosas con España, la increíble cantidad de palabras castellanas en sus diferentes dialectos y Tagalo(unas 2500), podría enumerar muchas como cuchara, cuchillo, plato, mesa, calle, pan, los números, las horas, los meses y los días, aunque muchos escritos de una manera diferente, mas antigua quizás.O sus comidas como "Arroscaldo", Calderetas, Chicharrones, lechón, "Lentehas", pan....podría tirarme una hora escribiendo todo aquello que vi en castellano, y que a veces tanta gracia me hacia, pero me quedare con el saludo "Comosta"(¿Como estás?).
A parte claro está, de la cercanía cultural la gente, Filipinas nos ofreció mucha hospitalidad, muchos momentos de contacto humano, pues los lugareños son realmente abiertos y bondadosos. En cada isla poseen un carácter diferente, pero jamás se les borra esa sonrisa de la cara con la cual te dan la bienvenida.
Luzón, Palawan y Cebú son parte importante de nuestro periplo en busca de esta "Vuelta al Mundo", aquí sentimos por primera vez la sensación de quedarnos, la sensación de haber encontrado un lugar en el que sentirnos realmente en casa......así que aunque ya nos hemos ido, seguro que volveremos alguna vez a esta hermosa tierra, a este archipiélago donde la bondad es mas numerosa que la cantidad de sus islas, y donde una sonrisa aparece SIEMPRE tras un "tricicle", tras un "jeepney", tras un puesto de comida callejera o en sus playas ,pueblos y parajes........ 
¡¡¡ SALAMAT JEPRIL !!
¡¡¡¡ SALAMAT PO FILIPINAS !!!!!
GRACIAS A TODOS LOS QUE HICISTEIS NUESTRA ESTANCIA EN LAS FILIPINAS UNA APASIONANTE ETAPA DE NUESTRO VIAJE.



Philippines or Pilipinas like the locals call it, have it all- mountains, rivers and the most beautiful beaches in the world. The only problem is, that to see them all you would have to stay here forever (the lifetime option is actually not that bad!!!:) ). Each island is different: the landscapes, languages spoken, food and habits vary between the regions. There is one thing that brings everyone in Pilipinas togheter- it's the history of dependence- from Spain, Japan and then the US. You can see the spanish and american influence everywhere, and the stolen years are still present in peoples memories. 
The Filipino people have a fun attitude for life- they like beeing outside, they love beeing with each other, they love celebrating and they are very friendly... and this all even though the life in the Philippines can get hard at times! But the typhons and poverty don't let their smiles disappear from their faces- and only sometimes you will hear a sad life story, followed with a "nevermind, everything is ok". This optimism  togheter with the hospitality were something very special. We met so many wonderful people here and made real friends- like Jepril, who hosted us in Baguio. We definately want to repeat the filipino experience.

Szorcik: Filipiny już od pierwszych chwil naszego pobytu urzekły nas gościnnością i optymizmem mieszkańców. Filipińskie krajobrazy rzeczywiście dają mnóstwo powodów do uśmiechu: rzeki, góry, gęste, tropikalne lasy i ,przede wszystkim, tysiące wysp z niezliczoną ilością przepięknych plaż, często dziewiczych i pokrytych drobniusieńkim białym piaskiem. Jednak kraj został też mocno doświadczony przez historię oraz katastrofy naturalne. Kiedyś zbitek nie mających ze sobą wiele wspólnego wysp, skolonizowany na ponad 300 lat przez Hiszpanów, następnie zależny od Japonii po to żeby przejść pod wpływy amerykańskie. Wszystko to odcisnęło piętno na mentalności oraz kulturze kraju. Mówi się tu w ok. 80 różnych językach, z których każdy uległ w jakimś stopniu językom kolonizatorów. Jednak to właśnie Hiszpanie oraz amerykanie nomen omen "zjednoczyli" filipińskie społeczeństwo. 
Filipiny to kraj biedny, a coroczne tajfuny- często przybierające rozmiary klęski żywiołowej, jak na przykład zeszłoroczna Yolanda, po której kraj do tej pory się nie otrząsnął, dodatkowo komplikują życie. Mimo to- ludzie są tu przesympatyczni, otwarci i zawsze pomocni. 

FOOD/COMIDA/JEDZENIE:


For Hector the food in the Philippines was fun- so many things are the same or similar to what he knows from Spain- maybe just made with more exotic spices. He found his favourite chicharon (dried and fried pork skin... how disgusting is that!). He could taste the oriental version of adobo (marinated meat), longanisa (sausages), green lentils stew called "lentehas" (in spanish lentejas) and arroz caldo (rice soup).
For me it was a nightmare. Beeing vegan in the Philippines is an everyday struggle. ALL the soups are made with chicken broth or at least fish sauce... All the vegetables have some meat added.... Eating local is almost impossible- so I spent several days eating plain rice with soy sauce and sky flakes (salted crackers). You would say- why not eating fruit and fresh veggies.... well... there were places(fx Pagudpud) where we could not get any, not even bananas!

Dla Hectora pobyt na Filipinach był  całkiem przyjemny pod względem kulinarnym. Wiele potraw wywodzi się z kuchni hiszpańskiej. Hector zagryzał więc piwo chicharones (odtłuszczona, smażona na głębokim tłuszczu skura wieprzowa...yghmmm...), na śniadanie zjadał miniaturową wersję hiszpańskich kiełbasek longanisa, próbował marynowanych mięs adobo i wcinał zieloną soczewicę oraz zupę ryżową arroz caldo. 
Dla mnie Filipiny to kulinarny koszmar. Chyba nie ma na ziemi bardziej mięsożernej nacji. Wszystko zawiera albo mięso, albo jest gotowane z mięsem albo rybą albo z obydwoma. Do wszystkiego dodaje się sos rybny. Dodatkowo najpopularniejszą przyprawą jest glutaminian sodu, czyli chemiczny "ulepszacz" smaku, który dosypuje się do wszystkiego łyżeczkami.


arroz caldo with egg on the left and green lentils (lentehas) on the right/ po lewej zupa ryżowa arroz caldo, po prawej zielona soczewica/ arroz caldo a la izquierda y lentejas a la derecha
Hectors favorite soup: chicken Mami- chicken soup with fresh veggies and boiled egg/ ulubiona zupa Hectora- MAMI, czyli rosół z kurcząt ze świeżymi warzywami oraz gotowanym jajkiem/ la sopa favorita de Héctor: MAMI de pollo- caldo de pollo con verduras crudas y huevo duro
longanisas and a typical filipino breakfast/ kiełbaski longanisa i typowe filipińskie śniadanie/longanisas (en Filipinas son muy pequeñas) y un desayuno típico
local beers- San Miguel is the most popular/ lokalne piwa- San Miguel jest najbardziej popularne/cervezas locales- San Miguel es la mas popular y mucho mejor que su equivalente española
street food- hot dogs and burgers for 50c/ jedzenie uliczne- hot dogi i haburgery za pół dolara/ comida callejera- perritos calientes y hamburguesas a medio dolar
the most bizzare- "ketchup" made from bananas (no tomatoes added!) and balut/ najdziwniejsze: keczup z bananów, który nie zawiera pomidorów oraz balut/ las comidas mas raras: ketchup de platanos (no lleva tomate) y balut
empanadas- spanish style fried dumplings/ empanadas- czyli hiszpańskie smażone pierogi/ empanadas fritas a la española
my typical meal- fruits and veggies from a market and some bread or plain rice, prepared and eaten at the hotel/ moje typowe posiłki to warzywa z targowiska lub marketu z chlebem lub gotowanym ryżem, przygotowywane i jedzone w hotelu

snacks:  chicharrones, fried fish crackers and spicy peanuts/ przekąski: chicharron, placki rybne y pikantne orzeszki ziemne/ para picar: chicharrones, tortillitas de boquerones y cacahuetes picantes
for the sweet tooth: donuts and pancakes/ słodkości: pączki i naleśniki/ dulce: donuts y crepes
the typical local restaurants are toro, toro: you check whats inside the casseroles and show what you wish to eat/ typowe jadłodajnie to takie,, gdzie zagląda się do garnków z gotowymi potrawami i pokazuje palcem te, które chcemy zjeść/ los tipicos restaurantes toro toro: miramos que hay en las ollas y elegimos las comidas ensenando con el dedo

ACCOMMODATION/NOCLEGI/ALOJAMIENTOS:

The hostels and guesthouses are rather cheap, although in big cities like Manila or Cebu, finding budget accommodation might take a while (and a bit of walking around!). The standard is usually high- even most of the cheap places have internet. Only at the lonliest, far away beaches you need to lower your expectations a bit...or stay in a luxury resort.
Standard pokoi jest zazwyczaj wysoki a ceny noclegów są przystępne- nawet dla podróżników o małym budżecie. Większość, nawet małych, tanich  miejscówek ma dostęp do internetu (który niestety działa na Filipinach fatalnie). Cenowym wyjątkiem są duże miasta, jak np. Cebu czy Manila, gdzie trzeba naprawdę mocno się naszukać aby znaleźć coś taniego- ale oczywiście dla chcącego nic trudnego:) Na plażach mniej turystycznych należy natomiast obniżyć wymagania co do standardu... lub zatrzymać się ekskluzywnych drogich ośrodkach.


At Palawan Airport: people trying to get guests for their guesthouses/ na lotnisku na Palawan: próba zainteresowania nowo przybyłych turystów ofertą noclegową:) Aeropuerto de Palawan: haciendo publicidad para los guesthouse
TRANSPORTE:

Travelling around the islands takes a lot of time and patience!!!The boats- which we didn't try out, take sometimes up to 30-40 hours. The fast and cheap possibility to travel between islands are flights with low cost airlines like Cebu Pacific, Tiger Air or Air Asia. And on the islands, if you are not willing to hire a private mini van with driver, you have to be prepared for ours spent in the crowded, extremely slow buses.

Poruszanie się po Filipinach zabiera czas i wymaga konkretnej dozy cierpliwości. Poruszanie się statkami niestety nie było dla nas opcją, gdyż takie rejsy trwać mogą nawet 30-40 godzin. Pomiędzy wyspami przemieszczaliśmy się więc drogą lotniczą- tanimi liniami Cebu Pacific, Tiger Air i Air Asia.
Na lądzie jednak pozostają tylko autobusy (lub kosztowne wynajęcie busa z kierowcą). Podróże autobusowe są okropnie długotrwałe- autokary wloką się niemiłosiernie, zazwyczaj są mocno zatłoczone i oczywiście zatrzymują się bardzo często aby zabrać/ zostawić pasażerów. Cóż, taki to już urok transportu filipińskiego...



the aircon use on the buses is abused, the temperatures are extremely low and usually it feels like travelling inside a fridge!/ klimatyzacja w autobusach jest zazwyczaj ustawiona na niedorzeczne temperatury a wielogodzinne podróże w przechłodzonych autobusach przypominają przejażdżki w lodówce/ el aire en los autobuses esta siempre puesto a tope- a vezes uno se siente como viajando dentro de la neverra

tuk tuk

JEEPNEY
The public transoport in the Philippines is made in the so called jeepneys. Tehre are no schedules, the route is written on them, you just stop the right one. One ride costs 8 pesos- you pay directly to the driver, while his driving...:)
Jeepneys to chyba najbardziej rozpoznawalny symbol Filipin. Te małe autobusiki służą transportowi publicznemu. Wystarczy wybrać odpowiedni pojazd (trasa opisana jest na jeepney) i zatrzymać machnięciem ręki. Rozkład jazdy oczywiście nie istnieje. Przejażdżka niezależnie od odległości kosztuje 8 pesos, które płaci si bezpośrednio kierowcy, podczas gdy ten kieruje:)



OTROS/ OTHERS/INNE:

drying the cereals, usualy just at the side of the road/ suszenie ziaren- zazwyczaj na poboczu dróg/ secando cereales- normalmente a borde de las carreteras
chickens are beeing hold on chains, roosters are used for rooster fights/ kury trzymane są na łańcuchu, a koguty używa się do kogucich walk/ las gallinas encadenadas y gallos usados para luchas de gallos
cementary: graves covered with a roof/ groby na cmentarzu w Baguio miały zadaszenia/las tumbas con techo
the national sport is basketball- played everywhere and by everyone/ sport narodowy to koszykówka- boiska są wszędzie/ el deporte nacional es baloncesto
there are thousands of different christian churches around the Phillipines: from Roman Cathlic, through the Jehova Witnesses, LSD/ Mormons, 7th Day Adventists, Baptists ets to the originary from the Philippines: Iglesia Ni Cristo/
kościołów chrześcijańskich są tysiące (ich mnogość sprawia czaserm wrażenie, że jest ich więcej niż  samych wiernych)- od katolickich, poprzez Świadków Jehowy, Mormonów, Adwentystów, Baptystów... aż po stworzony na Filipinach kościół IGLESIA NI CRISTO/ En Filipinas hay mas iglesias que gente: Catolicos, Adventistas, Testigos de Jegova, Baptistas, Mormones...y-la filipina: IGLESIA NI CRISTO 
In the bancs or nightclubs the weapons are not aloud (WTF?!who walks around with weapons and why people shuld be reminded to leave them outside?Spooky!)/ Na bakach oraz dyskotekach zobaczyć można szyldy przypominające, żeby zostawić broń palna na zewnątrz... no bo paradowanie z bronią pod pazuchą to takie normalne, nie? Nie???ekhmmmm!!!!/En los bancos y discotecas hay que dejar las armas fuera (!!!)
SPANISH:
Spanish influence is visible everywhere. Hiszpańskie pozostałości widoczne są na każdym kroku.

names of the places/ nazwy miejsc/nombres de locales 
names for food/nazwy jedzenia/comidas
places/nazwy geograficzne/lugares
names/ nazwiska i imiona/ nombres
everyday life/życie codzienne/vida cotidiana

miércoles, 6 de agosto de 2014

MOALBOAL Y WHITE BEACH !!

Moalboal fue nuestro segundo destino en la isla de Cebú, un destino playero situado al lado contrario de la capital y unos 70km hacía el sur. Recorrimos la distancia en uno de esos autobuses locales filipinos donde el viaje se hace muy ameno, pues hay un constante movimiento de pasajeros, el autobús se para en cualquier lado a coger o dejar pasajeros y a cada rato suben lugareños vendiendo comidas o bebidas, y por tanto entre el tiempo que pasas mirando los paisajes por la ventana y el tiempo que pasas observando todo aquello que acontece dentro de ese vehículo, el viaje por muy largo que sea, llega a su fin de la manera mas brusca posible....¡hemos llegado a Moalboal! ¡bájense rápido!.
Mochilas a la espalda solo quedaba negociar con algún lugareño con "triciclo" llevarnos a un bungalow barato a la playa, el resultado no pudo ser mejor y pronto estábamos en "White beach" en nuestro humilde bungalow a pie de playa dispuestos a disfrutar de nuestros dos últimos días de playa en Filipinas.
En Moalboal por tanto disfrutamos de la tranquilidad que nos ofrecía, de disfrutar de las comidas locales en los chiringuitos de los pescadores y de caminar por aquella arena tan blanca mirando al horizonte y pensando en lo bien que nos lo habíamos pasado en este increíble país llamado Las Filipinas...
Ademas aquí probé el famoso "balut" , que son huevos de patos con el "patito" dentro, los ofrecen por toda Las Filipinas ,pero no me atreví hasta este último momento, y debo reconocer que me gustó aunque al principio da un poco de grima. Primero lo cascas, lo abres un poco y bebes el caldo que contiene, después hechas vinagre y te lo comes( sobre sus propiedades afrodisíacas, voy abstenerme de hablar).




































 We didn't spend a lot of time in the town of Moalboal- just enough to eat something and catch a tuk tuk to the beach. Moalboal is a known spot for diving, but having to fly wthin two days, we didn't really have time to really try it (:/ ), that's why we chose to stay at White Beach and chill out far away from the civilisation. The place, at this time of a year is abandonded by tourists, so we had the whole beach for ourselves...I mean when there was a beach, because the tide was pretty high in the evening and most of it just disappeared. Despite the low season, the prices were a bit high, but we managed to find a bungalow at the beach (yeps, AT the beach itself!) that had a very low standard but was the only thing we actually could afford... and the proximity of the sea and beautiful views from the terrace were probably one of the best things we've had during the whole trip. After the heavy rains we were also lucky to have two days of incredible weather during our stay. I have never seen so many shades of blue like the first evening after typhon Glenda.... fresh air, the Island of Negros on the horizon and clouds in all possible shapes and colours will always stay in my mind as a good example of natures perfection.
And the other thing that i will probably have to remember from our stay there will be Hector trying balut- a cooked duck egg... with the little, more or less formed duck inside.... As a vegan, I really had a hard time watching it... and still don't know, what to think about the whole "trying the new" thing- but beeing with a meat eater and travelling around Asia, where meat and all that goes with it, are so common and normal, the cooked duckling should not particurally surprise me anymore...but it does:/ 

Szorcik:  W samym miasteczku Moalboal nie spędziliśmy zbyt wiele czasu- zaledwie tyle, aby zrobić małe zakupy na lokalnym targowisku. Ta część wyspy Cebu znana jest dzięki, podobno rewelacyjnym, miejscom do nurkowania, jednak nie było nam dane tego sprawdzić, gdyż termin naszego następnego lotu był zbyt bliski... Dlatego właśnie wybraliśmy jedna z niewielu w okolicy białych, piaskowych plaż- White Beach.  O tej porze roku plaża była prawie całkowicie wyludniona, dzięki czemu mogliśmy się nią cieszyć w samotności przez większość czasu. Dodatkowo znaleźliśmy domek na samej plaży, więc ocean mieliśmy na wyciągnięcie ręki. Niestety standard domku nie był najlepszy, za to cena wysoka (i tak była to najtańsza opcja i jedyna alternatywa dla opustoszałych ekskluzywnych ośrodków), jednak widok z tarasu szybko sprawił, że szybko zapomnieliśmy o tych dwóch niedogodnościach. Udało nam się także szczęśliwie wstrzelić w międzytajfunowe okno pogodowe. Świeże, przejrzyste powietrze po cyklonie, w połączeniu z czystą wodą oceanu i chmury we wszystkich kolorach i kształtach sprawiły, że pierwszy wieczór spędziliśmy spacerując bez końca po znikającej pod naporem wieczornego przypływu plaży, czerpiąc pełnymi płucami powietrze pachnące oceanem i ciesząc oczy tysiącem odcieni koloru niebieskiego- zastanawiając się, czy tutejsi mieszkańcy, podobnie jak Eskimosi dla różnych rodzajów śniegu, mają dla tych niebieskości osobne nazwy. Idealnie czyste niebo i słońce w ciągu dnia dało nam za to możliwość przyjrzeniu się idealnie zarysowanemu konturowi wyspy Negros rysującej się na horyzoncie na wprost od naszego domku i wydającej się być blisko na wyciągnięcie ręki.
Moje idealne, błękitne wspomnienia z Moalboal zepsuł Hector, który koniecznie chciał spróbować lokalnego (choć znanego też w Kambodży, Laosie i Wietnamie) przysmaku  zwanego balut. Są to gotowane kacze jajka, zawierające w środku zarodek kaczki (mniej lub bardziej uformowany). Podobno są zdrowe i działają cuda na potencję. Nie będzie chyba zaskoczeniem, że ta hectorowa próba kulinarnej odwagi, mi jako wegance do tej pory spędza sen z oczu... Podróżując po bardzo mięsożernej Azji z mięsożernym Hectorem powinnam się pewnie uodpornić na takie sytuacje.... ale niestety... balut na zawsze pozostanie dla mnie rysą na wspomnieniach z Moalboal:/