viernes, 24 de octubre de 2014

MIS AMIGAS LAS LARVAS MIGRANS CUTÁNEAS..

Era de noche y me picaba el píe a rabiar, pensé ¡jodidos mosquitos!.......que equivocado estaba.
La historia era otra completamente, no me había picado un mosquito, sino que habían entrado en mi unos parásitos, dispuestos ellos a quedarse en mi pie una larga temporada. 
Tras ir al Hospital, me diagnosticaron "Larvas Migrans Cutánea" un parásito (nemátodo- gusanos) que se alimentaria de las sustancias que se encontraban bajo mi piel. Los cogí seguro en la playa, donde tienen su microhábitat mas apropiado en estas zonas tropicales.
Con ellos "los monarcas" (así los llamé, por eso de ser parásitos), compartí aventuras durante casi un mes, mientras ellos se dedicaban a hurgar en mi piel cual diseñadores de circuitos de F1 . Les gustaba la actividad nocturna y solían diseñar sus rutas de las mas variopintas y aleatorias formas, unas veces avanzaban mas de un centímetro y otras apenas unos milímetros.......tanto tiempo estuve con ellos, que empecé a tenerlos hasta cariño.
En fin, que al final no fue nada grave, no eran contagiosos, era mas que nada una molestia tortuosa como sus trayectos. Las "pastillitas" del Doctor fueron letales para ellos.










Most of us have them... even without knowing about it. In Europe one of three persons is infected with some type of parasites... in Asia the rate can be as high as 9:10... Parasites... There are 300 different species of them, most of them not really dangerous and probably you don't even notice that you have them... 
In our trip we were pretty lucky and avoided any serious health problems. This time Hector was less lucky and caught a parasite. Nothing serious, but pretty itchy. His two new mates were called sanworms ( Cutaneous larva migrans). He got infected on one of the beaches of Kapas Island
The infection wasn't nothing unusual in this climate, but pretty annoying (and ugly, just look at the pics:/). The larvas would've died on their own, as they are not made to survive in human body... but Hector decided to kill the enemy, took some pills prescribed by the doctor and now the sandworms are just an itchy memory... and another story to tell...

Oto dwaj przyjaciele Hectora. Niestety przyjaciele dawno już zamieszkali w pasożytniczym niebie... My jednak postanowiliśmy się z wami podzielić ich historią, aby pamięć o tych dwóch małych brzydalach całkiem nie zaginęła. 
Podobno w Europie pasożytami zarażona jest co trzecia osoba, w Azji może nawet dziewięć na dziesięć. Większość z pasożytów zamieszkujących nasze ciała nie jest groźna, można łatwo się ich pozbyć, a często zarażenie przebiega niezauważalnie dla nosiciela. W przypadku hectorowego zespołu larwy skórnej wędrującej przeciwnik okazał się być dość spory i nieznośny (swędzący).
Do tej pory udawało nam się uniknąć jakichkolwiek problemów zdrowotnych. Okazało się, że pasożyt też wcale nie był niczym groźnym. Zakażenie nim jest łatwe i powszechne w wielu częściach globu, a sama larwa w ludzkim organizmie nie może przetrwać zbyt długo, bo nie do ataku na ludzi jest przystosowana. Tak naprawdę żyje u kotów i psów a człowiek naturalnie larwę odrzuca... My postanowiliśmy aktywnie pozbyć się niechcianych pasażerów. Kilka tabletek i było po wszystkim.... na stopach ani śladu larw a pasożyt pozostał tylko swędzącym wspomnieniem.
I chyba tylko stopy Hectora tęsknią za ogromnym zainteresowaniem, jakim się cieszyły przez tych kilka dni, kiedy gościły pasożyta:)

lunes, 20 de octubre de 2014

ANNAH RAIS LONGHOUSE EN BORNEO.

En Borneo hay infinidad de grupos étnicos, muchos de ellos tenían y tienen aún la peculiaridad de vivir en "Longhouse". Esto quiere decir que viven todo el grupo étnico o muchas familias en una gran casa alargada, regida por una reglas y conductas que sirven a la comunidad para convivir.
Nosotros tuvimos la oportunidad de ir a una de ellas, llamada Annah Rais , y ver con nuestros propios ojos la arquitectura y forma de vida de los locales. 
Es curioso y práctico esta forma de convivir, donde unos se ayudan a los otros y comparten los espacios comunes. 
Como anécdota cabe decir, que antiguamente los varones jóvenes debían cazar a otro hombre de otras etnias para demostrar su valentía. Entonces colgaban la calavera de su presa en la "longhouse" lo que tría buena suerte a la comunidad, pero esa calavera había que tratarla con respeto y darle ofrendas para conservar el espíritu del fallecido contento.......
















Annah Rais is one of the longhouse villages made by the local ethnies. People around Borneo have traditionally built whole villages as one house- called longhouse, where all the rooms/ apartaments were connected. In the center of the village they always kept skulls. The people who obtained the skulls gained an honour and respect from the villagers. The skull was then hanged underneath the roof, togheter with the other skulls... it would bring luck to the village as long as the locals gave special gifts to the spirits to keep them happy.
The people that we have visited in Annah Rais have decided to continue to live in the traditional way. 

Annah Rais to typowa wioska, w jakich żyło się wszędzie na Borneo. Dziś należy juz do rzadkości. Jej mieszkańcy zdecydowali się kontynuować tradycje, aby utrzymywać się z ruchu turystycznego.
Cała wioska to jeden 'longhouse', czyli długi dom. Oznacza to, że domy są ze sobą połączone i wybudowane zostały na jednej, wspólnej platformie na drewnianych palach. Centralnym punktem takiego osiedla jest sala z czaszkami. Dawniej, osoba której udało się zdobyć czaszkę (czyli uciąć głowę komuś z sąsiedniej wioski) zyskiwała honor i szacunek całej wioski. Sama czaszka, zawieszona pod sufitem wraz z innymi czaszkami-trofeami, przynosiła wiosce szczęście. Aby jednak zadowolić zamieszkujące czaszki duchy, trzeba było dawać im prezenty, jedzenie oraz zawsze mieć zapalony w pobliżu płomień.

ORANGUTANES. SEMENGGOH RESERVA NATURAL.

Tras investigar y comprobar que los Orangutanes de Semenggoh vivían en libertad, nos decidimos a ir a ver si teníamos suerte de verlos. ¡Y vaya que la tuvimos!, en la entrada nos dijeron que las posibilidades de verlos serían casi nulas al ser época de frutas, pues no vendrían al "comedor" donde los rangers del Parque le ponen fruta 2 veces al día.
Pero cual fue nuestra sorpresa, que justo al entrar  uno de los rangers nos dijo que había Orangutanes cerca, así que nos fuimos a un sendero y escuchamos ramas de árboles partirse y un de entre la frondosidad de la arboleda asomaron un par de orangutanes, una madre con su hijo.....
¡Wow! fue mi exclamación al observarlos, pero mas aún cuando detrás apareció el macho dominante un ejemplar descomunal que daba miedo mirarlo y que era realmente hermoso( los rangers me dijeron después que se llamaba Ritchi y tenía 33 años).
En esta Reserva Natural se estipula que hay 25 individuos, algunos de los cuales se dejan ver por los comedores algunas veces el año, digamos que serán los individuos rehabilitados y algún que otro vago que pasa de buscar la fruta.
Pero aquí viví algo grandioso, algo que me encogió el corazón por su hermosura, durante unos instantes un Orangután  me miró a los ojos, intercambiamos nuestras miradas y me vi reflejado en su mirada, ese instante me provoco tanto nerviosismo como felicidad, fue una experiencia única, de algún modo había entablado comunicación con aquella Orangután......
Después de verlos en la selva, esos mismos individuos se acercaron al comedor para unos minutos después desaparecer en su hogar, entre el chasquido de ramas y el contoneo de los árboles, pero dejaron en nosotros el hermoso recuerdo de haberlos visto.




















                                                                                                                                                                                                          picture taken by Rocio Almeida
                                                                                                                                                                                                          picture taken by Rocio Almeida
                                                                                                                                                                                                     picture taken by Rocio Almeida

Semenggoh is a Wildlife Centre for Orangutan rehabilitation. It was established in 1975. In the beginning the orangutans were kept in cages. Now they are free to go wherever they want in the deep forrest. There are two feeding times, but even a these times of a day it cannot be guarateed, wheter they pass by or not- especially now, in the fruit season, when they have enough food in the forrest.
I was not sure if it's a good idea to go there. I've read too much about how places like this work and how the animals get abused to make a good image for the tourists... and how centres like these get their finances from big companies who at the same time are responsible for the extermination of orangutans. In the end I got convinced to go...  
We were really were lucky. The orangutans came even before the feeding time. We had a very close encounter with the alfa male: the 33 years old Ritchie, whom we had to run away from, because he came that close! Seeing these beautiful animals was both amazing and heartbreaking. It left me with the thought that we are the most cruel and stupid species on this planet for beeing responsible of the near extinction of these wonderful creatures....

Semenggoh to centrum rehabilitacji dzikich orangutanów. Centrum otwarte zostało w 1975 roku. Na początku działalności zwierzęta osierocone i uratowane z niewoli, trzymane były w klatkach. Od dłuższego czasu żyją one jednak na wolności, w gęstym lesie otaczającym Semenggoh. Zobaczyć je można podczas karmienia, choć i to nie jest gwarantowane. Ponieważ orangutany są na wolności, to one decydują, czy mają ochotę wpaść na zorganizowaną dla nich owocową ucztę. Często się nie pojawiają... szczególnie teraz- w sezonie kiedy w dżungli pełno jest dzikich owoców. 
My mieliśmy szczęście. Orangutany pojawiły się jeszcze przed karmieniem. Wśród nich był rzadko widywany samiec, szef stada, 33- letni Ritchie, przed którym musieliśmy w pewnym momencie uciekać, tak blisko podszedł....
Wizyta w Semenggoh pełna była emocji. Z jednej strony oczarowały nas te wielkie, rude zwierzaki, z drugiej zasmucił nas los, jaki im zgotowaliśmy. Centra jak to stają się powoli jedynymi miejscami, gdzie jeszcze zobaczyć można orangutany... niedługo być może zabraknie dla nich miejsca na wolności....

domingo, 19 de octubre de 2014

BAKO NATIONAL PARK....MONOS NARIGUDOS Y MAS...

INCREÍBLE, la fauna que pudimos contemplar en este Parque Nacional, fueron dos días de continuas emociones mientras recorríamos los senderos de las selvas y litorales.
Lo mas apasionante fue ver los MONOS NARIGUDOS, los proboscis monkeys, vimos individuos solitarios y varias familias, sobre todo al amanecer y al atardecer. Yo los miraba anonadado, observaba sus rostros creyendo que eran humanos, sus gestos, su comunicación y su forma de alimentarse me tenían entregado,¡que hermoso!, que regalo de la naturaleza.
Pero vimos muchos mas animales, como los siempre presentes Macacos, Monos Planteados, Cerdos salvajes de Borneo( que no nos dejaron dormir en toda la noche),gran variedad de lagartos y lagartijas, alguna serpiente , ranas, tortugas, cocodrilos, infinidad de aves como los conocidos KingFisher e innumerables insectos.........fueron dos días de hermosos encuentros con la fauna de Bako National Park.







                                                                                                                                                                                                            picture taken by Rocio Almeida
                                                                                                                                                                                                       picture taken by Rocio Almeida



silvered leaf monkeys














Here are some of the stars of our visit to Bako National Park: the already mentioned Bearded Wild Pigs were everywhere - even at the beach for the sunset... aren't they romantic? (ok... not when they make noise at night). The same thing we could say about the makak monkeys- they were everywhere, but these small smart ones are mean enough to steel peoples food (we saw that, funny- if it's not your own food:))
The green snake attacked a lizard just in front of us. Crocodiles were far away on the shore, but still scaring the pants off us.
There was plenty of insects, lizards, frogs, spiders and other "ugly" animals (I admit- I'm not their biggest fan!). In the night we got to see fluorescent mushrooms.
We even saw the silvered leaf monkeys.... but the proboscis monkeys totally stole the show! The legend says, that these are men, who did something really bad to the rest of the society... as a punishment they got a penis instead a nose, so they had to hide in the forrest out of shame... Well, for banned people they are pretty well humoured. It was so funny to watch them, especially the long noses, when they move while they are eating. Crazy what the nature can come up with!

Oto kilka zwierzaków, które widzieliśmy w parku Bako (te, które dały się sfotografować).
Oprócz świń brodaczy, które spotkać można było wszędzie, nawet na plaży podczas zachodu słońca. To samo tyczy się makaków, które były na tyle bezczelne, że kradły ludziom jedzenie prosto sprzed nosa. Zielony wąż zaatakował jaszczurkę na naszych oczach. Krokodyle, mimo że daleko i tak straszyły swą obecnością. Nie zabrakło żab, jaszczurek, pająków i różnych insektów... które do moich ulubieńców nie należą, ale i tak są fascynujące! Podczas nocnego spaceru znaleźliśmy fluorescencyjne grzyby- do tej pory myślałam, że były one wymysłem wyobraźni hipisów po lsd :)
Wysoko w koronach drzew udało nam sią dojrzeć lutungi. Gwiazdami naszego pobytu były jednak małpy nosacze. Legenda mówi, że są to ludzi, którzy popełnili czyny tak straszne, że za karę zamieniono im nosy w penisy. Ze wstydu musieli oni się schować w lesie. Jak na wygnańców społeczeństwa nosacze sprawiają jednak przesympatyczne wrażenie!