viernes, 13 de octubre de 2017

CACAO, UN VIAJE A LAS TRADICIONES HMONG EN MITAD DE GUAYANA FRANCESA.

Cacao es una pequeña población de la comuna de Roura. Su pasado, como muchos lugares de Guayana Francesa, es haber acogido dos centros penitenciarios, Bagne de Sainte Marie y Bagne de Sainte Agustin ambos abandonados sobre el 1859 por las epidemias reinantes en la zona, como la fiebre amarilla.
Pero la historia reciente de este enclave viene ligada con la llegada de los refugiados Hmong, un pueblo originario de China, Laos y Vietnam. Durante la Guerra de Indochina los Hmong fueron aliados de los franceses, así como de los norteamericanos durante la Guerra de Vietnam. Muchos de los Hmong colaboracionistas tuvieron que huir años mas tare de las Guerrillas de Laos y Vietnam a la vecina Tailandia.
Catalogados como refugiados políticos por la Naciones Unidas, en 1977, un grupo de unos 10.000 Hmong son acogidos por Francia y muchos de ellos enviados al Departamento de Ultramar de Guayana Francesa.
Se les recibe y envía a pequeñas poblaciones donde poder comenzar una nueva vida, ligada a sus costumbres y a la agricultura, fomentando así su desarrollo en esta región.
Cacao es hoy gracias a la presencia y tenacidad de los agricultores Hmong el mayor productor de verduras y hortalizas de toda Guayana Francesa, convirtiendo su mercado dominical en una cita obligada tanto para los locales como los visitantes a Guayana. 
Cacao ironicamente se convierte ahora en una escapada rumbo a Asia, hacia las tradiciones culturales y gastronómicas de los Hmong en mitad de Guayana Francesa.




















(EN)
Cacao´s story, like it´s the case with  most of the places in Guiana, begins with prisoners. Where the village is located now, a cacao plantation of Sainte Marie has been founded and very soon got divided. The administration of a new penitentiary camp, Sainte Marie, occupied the site. Then they bought the nearby dwelling with the belonging terrain and opened another penitentiary center of Saint Augustin. Both didn´t last very long- only around ten years. In 1859, after several empidemics before, a yellow fever outburst ended the penitentiary chapter of this place, as the camps got totally abandoned.
But it´s not the end of the interesting history of Cacao. In 1977 the site was given to the Hmong community, who live here ever since.
Hmongs are a nation that originates from China and still lives in the north of Vietnam, Laos, Burma and in China. We met them in Mai Chau, Vietnam.  The Hmongs took the side of US in the Vietnam war and were also pro french in the Indochina conflict. When the US soldiers and french army were gone from the occupied countries, the Hmongswere also forced to flee from the reprecutions of their alliance. This is how the Hmong refugees from Laos arrived in French Guiana in the late 70-ties (somehow it seemed a better solution for  the french government to resettle them to the abandoned regions of French Guiana, then let them stay in the metropolitan area... but you be the judge.... ).

Today the village has around a thousand inhabitants and the Hmongs are the regions most capable agriculturers (and basically tho only ones). Most of the local vegatables in Guiana really come from around Cacao!
Every sunday the Hmongs hold their weekly farmers market... a really cool one.  Both the village and the market are rather on the small side, but it´s definately worth to go all the way there (which is curvy roads and many kilometers of pure jungle away from everything).
Our first impression was actually a huge confusion. Here we were, in the middle of amazon forest but still felt like we were back in Asia! Same faces, same artisany, same food, same smells....
We enjoyed this little travel in space and time to our asian journey. The food is delicous and REALLY tastes the same as in Laos or Vietnam. Its a tiny veggie paradise with all imaginable snacks and bubble teas. Also the small village is kind of adorable, with wooden houses built in SE Asian style. There is a pottery workshop you can visit and also an isect museum, which Hector was more then pleased to visit. And last but not least... the views. Arriving in Cacao you will see some magnificent, breathtaking landscapes...

***************************************
(PL)
Historia wioski Cacao zaczyna się w podobnym punkcie, co większość gujańskich historii. Na początku byli więźniowie. Nazwa Cacao pochodzi od plantacji kakao, która szybko znalazła się w rękach więziennej administracji obozu penitencjarnego Sainte Marie, a wkrótce również pobliska posiadłość Saint Augustin stała się częścią plantacji i więzienia. Ośrodek nie zagrzał jednak na tym terenie miejsca na długo. Epidemię, szczególnie wielka epidemia żółtej febry, skutecznie przegoniła stąd wszystkich mieszkańców. Cacao opustoszało w połowie XIXw.

Jednak historia Cacao tutaj się nie skończyła. To odległe miejsce w środku dżungli oddano w 1977 roku do dyspozycji politycznym uciekinierom z Laosu.
Dziś Cacao jest znane jako wioska Hmong. Hmong są pochodzącą z Chin nacją, która od kilkuset lat mieszka w górzystych regionach południowo wschodniej Azji. Dziś zamieszkują północ Wietnamu(gdzie mieliśmy kazje ich spotkać w Mai Chau), Laosie, Chinach i Tajlandii.
Hmongowie poparli armię USA podczas wojny w WIetnamie oraz stanęli po stronie Francuzów podczas upadku Indochin. W wyniku tych wyborów zostali zmuszeni do ucieczki przed zemstą opozycji. Azylu udzieliły im zarówno Stany Zjednoczone jak i Francja.... która zdecydowała, że najlepszym miejscem do osiedlenia dla politycznych azylantów będzie zapomniane przez wszystkich leśne terytorium w Gujanie Francuskiej- czyli Cacao.
Hmongom udało się na szczęście przekształcić to polityczne wygnanie w coś pozytywnego. Ciężko pracą na naprawdę niezdatnej pod agrykulturę ziemi, udało im się stowrzyc małe warzywne imperium. Dziś są to tutaj główni(i praktycznie jedyni) producenci lokalnych warzyw i owoców.

Co niedzielę odbywa się w Cacao lokalne targowisko, gdzie można kupić zarówno świeże warzywa i owoce, jak i typowe azjatyckie smakołyki oraz tradycyjne rękodzieła Hmong.
Wioska jest nadal niewielka (niespełna tysiąc mieszkańców), więc i targowisko nie ma ogromnych rozmiarów. Jest to zaledwie kilka stoisk, przede wszystkim sezonowe plony, trochę tradycyjnie wykonanych tkanin i przedmiotów codziennego użytku, sadzonki i kilka stoisk z jedzeniem. Wrażenie natomiast jest ogromne.... bo nagle, jak za dotykiem magicznej różdżki, z amazońskich lasków przenosimy się do Laosu. Otaczają nas te same twarze, te same widoki i te same zapachy dochodzące z kuchni.... Bardzo to dezorientujące...taka niespodziewana podróż w czasie i przestrzeni!

Sama wioska zresztą jest urocza- większość budynków zrobionych jest w azjatyckim stylu, z drewnianych bali, ze spadzistymi dachami i rzeźbionymi drzwiami oraz okiennicami. Obiad można zjeść nad pobliskim strumykiem oraz odwiedzić lokalnego garncarza oraz muzeum insektów.
No i nie zapomnijmy o widokach. Zapieraja one dech w piersiach, bo Cacao jest naprawde pieknie polozone!

domingo, 8 de octubre de 2017

BAGNE DES ANNAMITES.

Le Bagne des Annamites es un antiguo centro penitenciario en la comuna de Montsinery-Tonnegrande. Fue creado en 1930 por el gobernador de Guayana Francesa y aquí fueron recluidos presos comunes y políticos de la colonia de Indochina. El propósito era el de desarrollar este sector de Inini, con los trabajos forzados de los presos indochinos.
El campo permaneció abierto hasta 1945 bajo la vigilancia de senegaleses. Tras el cierre del campo, los expresos se instalaron en Cayenne en el hoy conocido barrio chino.
La naturaleza, en cambio tenía otro plan para el centro penitenciario, y no era otra que devorarlo sin remordimientos, como queriendo enterrar su horror y deshonra entre la nueva vegetación. 
Hoy en día un sendero de mas de una hora se puede recorrer para localizar y ver los vestigios de lo que fue el centro penitenciario. El recorrido es a través de bosque secundario, y nos lleva hasta la "crique Anguille" donde uno puede disfrutar de un buen baño contemplando la magia de la naturaleza.
Por el momento son ya dos veces las que hemos ido a este sendero a disfrutar de la naturaleza con diversos amigos como Aurore, Leila, Tobias, Jeremy o Salla.

with Salla, CS from Finland











Restos del centro penitenciario.















Aurore, Tobias, Leila ´n Hector

(EN)
Guianas history is tightly connectd with the history of forced immigration and prisoners. There are many reminders of it all around Guiana. One of the sites we have visited a couple of times are the so called Bagne des Annamites. Most of the prisoners of the camp were from the french Indochine, so the place is called after the residents of the province of Annam, which now makes a part of Vietnam.
The official name of the camp was Camp Crique Anguille and is placed close to the town of Tonnegrande.
The camp was created in 1930 with the purpose of developing the wild Inini region, that at the time was completely covered by the tropical forest. The camp was closed  in 1945. There is not much left of the camp. Most of it´s original buildings were made of wood, but you can still follow the old trail tracks and read the information posters on the site.
But Bagne des Annamites is not only the historical site. It is an amazing trail to walk inside the jungle. The forest has claimed back, what the camp once tried to take from it. The walking route, that takes around an hour of a nice slow and easy walk is leads to a Crique´- a river and a lovely pick nick site.

**************************************

(PL)
Historia Gujany przeplata się z historią przymusowej imigracji oraz wiezieniami. Cały region powstał dzięki pracy więźniów, bo kto inny, z własnego wyboru będzie ciężko pracować w tropikach, między bagnami i komarami, a trudne warunki panujące tutaj były tylko dodatkową karą. 
Bagne des Annamites, czyli więzienia Anamitow, to nazwa potoczna. Powstały w 1930 roku obóz karny nazywał się Camp Crique Anguille, czyli Obóz nad rzeką Węgorzy. Większość osadzonych tu więźniów pochodziła z Indochin, stąd popularna nazwa, kojarzącą to miejsce z narodem Anamitow, czyli mieszkańców obecnej północy Wietnamu.
Kolonię karną założono tutaj aby pomóc w ¨rozwoju¨ regionu Inini, czyli porośniętego puszczą wnętrza kraju. Wieniowie ścinali więc  między innymi drzewa i przygotowywali ziemię pod uprawę oraz kultywowali banany. 
Dziś, po zamkniętym w 1945 roku obozie zostało niewiele. Można się przejść torami kolejki wasktorowej i odnaleźć fundamenty niektórych budynków. Większość oryginalnych budowli zrobiona była jednak z drewna, a dżungla szybko upomniała się o należące do niej ziemie, porastając większość terenu obozu bujna dziś roślinnością. Są jednak liczne tablice informacyjne, pozwalające wyobraźni odtworzyć oryginalny wygląd tego więzienia.
Jednak nie tylko dla ruin więzienia warto zajrzeć do Bagne des Annamites. Dziś jest to przede wszystkim przepiękny szlak prowadzony przez tropikalny las. Droga jest łatwa, mało miejsc błotnistych (czyli głównych przeszkód na większości  tras spacerowych w podmokłej Gujanie) a spokojny spacer przez las potrwa może godzinę... no chyba że postanowimy zagapić się na skaczące po drzewach małpy. Dodatkowy czas przeznaczyć trzeba oczywiście na rundkę po ruinach.
Nagrodą na końcu trasy jest rzeka, szczególnie jeśli jest to czas przypływu a więc i dużo w niej wody. Jest tu całkiem przyjemna polana i teren piknikowy, a kąpiel w chłodnej rzece jest najlepszym, co można zrobić bo przechadzce po wilgotnej, gorącej dżungli (tym, którym ciężko się wczuć się w tropikalne klimaty Gujany polecam godzinną marszrutę w palmiarni, a później kąpiel w rzece;))

jueves, 28 de septiembre de 2017

AWALA-YALIMAPO.EL ENCUENTRO CON LAS TORTUGAS BAULA.



El primer regalo de nuestros amigos Axel y Camille fue llevarnos directamente a la costa atlántica, a la comuna de Awala -Yalimapo, donde diversas poblaciones indígenas de amerindios Kal´ina se sitúan a lo largo de la confluencia de los ríos Maroní, Mana y el Océano Atlántico.
La naturaleza en esta región de Awala -Yalimapo está protegida dentro del Parque Natural Mana. Y hasta aquí habíamos venido los cuatro sólo con una misión, recorrer los mas de 5km de playa durante la noche para tratar de ver la llegada de tortugas a la costa, pues estábamos en pleno periodo de anidamiento.
Tras instalarnos en un "carbet" de la comuna y organizar las hamacas, sólo nos quedaba esperar a la noche y a la marea, mientras los mosquitos nos devoraban literalmente.
Entrada la noche, linternas en mano nos fuimos a recorrer la playa. Fue una noche épica, donde vimos hasta siete Tortugas Verdes (chelonia mydas) y dos espectaculares y masivas Tortugas Baula o Laúd (dermochelys coriacea). 
Para mi fue una ilusión enorme poder volver a ver tortugas anidando después de nuestros dos meses en Jaqué-Darién (Septiembre-Noviembre 2016) en Panamá cuando fuimos responsables del Proyecto de Protección de Tortugas Marinas.. 
Además, jamás habíamos visto tortugas Baula o Laúd en nuestras vidas, y de verdad ver estos animales tan majestuosos es impactante y hermoso. El esfuerzo titánico por anidar es brutal, y la belleza de una criatura que ha sorteado todas las adversidades no puede mas que merecer el mayor de los respetos.
De abril a julio, las playas de Awala-Yalimapo son privilegiadas ante un espectáculo fastuoso, como si cada noche hubiera una representación de teatro inolvidable. Catalogadas como uno de los lugares mas importantes del Mundo de la arribada de tortugas Laúd o Baula, estar en esas playas caminando la noche solo pueden causarte una emoción sin límites.
Tuvimos la suerte de ver varias tortugas verdes (chelonia mydas)  y dos ejemplares de Baula (dermochelys coriacea), que nos dejaron literalmente anonadados.Casi 2 metros de longitud y mas de 500kg de peso, haciendo un esfuerzo brutal por perseverarse en este Mundo tan en su contra. 
Mi corazón y mi aliento se detuvieron ante tan majestuosa obra en pro de la vida, ante la tamaña obra que aquellas tortugas hicieron para anidar. Un esfuerzo meticuloso, unas trazas mágicas sobre la arena y una vida latente a varios centímetros de la superficie de la arena húmeda, fueron el regalo de aquella noche, donde los ojos de las tortugas brillaron mas que la mismísima Luna.
Un nuevo sueño hecho realidad, el contemplar la hermosura de la mas misteriosa de las Tortugas Marinas.





























(EN)On the day, when we officially crossed the border, Axel and Camille picked us up from St. Laurent du Maroni. We met them in Laos and travelled  a bit together in Vietnam. Axel was born in Guiana, and Camille oved here over a year ago. 
Our first stop in the country was a carbet (big, open cabin) in Yalimapo. We arrived in the afternoon, just in time to hang our hammocks before it got dark.... and the mosquitoes started to attack. And I swear- in my whole life I have never seen so many of them!
We decided that the closeby beach would be the best place to hide from them.
Yalimapo is one of the most known beaches for marine turtles sighting. 
Although the evening walk was nice, and the sunset breathtaking, we had no luck with the turtles. We went back to the carbet, had our evening fireplace/barbecue and went to sleep.
But we still had big plans for the turtles. We checked the tides and set our alarms at 3 am.
The early wake-up call paid off. First we saw a few green turtles... and then.... one of our biggest dreams came true: we saw our first (and then the second) leatherback turle laying eggs on the beach. 
The experience is indescribable. The leatherbacks are the biggest turtles in the world- they can be up to 2 meters long and wiegh 0,5 ton. The two we saw were quite big (almost as big as they can be). Each time, when watching turtles laying, we get a bit emotional, but this time it was really more than touching. How can you even describe the grace with whcih these huge animals just do their thing. Slowly, determined, and  calm. You can see the task is not easy, but the call of nature is stronger.... 
The sight was so mesmerizing that we completely lost the notion of time, which meant the high tide started and we had to walk back in water that at times reached our bottoms. Also... we saw quite a big amount of other turtles on the way back (mostly green turtles, which is soo cool too...).
The next day, on our way to Kourou, we spent some time at a lovely small creek to cool down from all the emotions of the night.
I think we can shout it out loud:the beginning for our adventures in French Guiana could not have been better

**************************
(PL)
W dniu, kiedy oficjalnie przekroczyliśmy granicę, przyjechali po nas Axel i Camille. To nasz przyjaciele, których poznalismy w Laosie a później podróżowaliśmy z nimi po Kambodży i Wietnamie. Axel urodził się i wychował w Gujanie Francuskiej, a jego dziewczyna Camille (którą poznał podczas studiów w Toulouse), mieszka tu od ponad roku.
Kiedy poznaliśmy ich kilka lat temu, zaproszenie do odwiedzin w Gujanie wydawało się nam bliższe marzeniom niż rzeczywistości. Po raz kolejny okazało się, że wszystko jest możliwe i o wiele łatwiejsze, niż się wydaje.

Pierwszy przystanek w nowej krainie to Awala-Yalimapo. Spędziliśmy tu noc w tzw carbet, czyli drewnianej chatce (dach na derwnianych nogach z hakami do zawieszenia hamaków),  najpopularniejszej formie noclegowej w Gujanie. 
Rozpięliśmy namioty, przygotowaliśmy moskitiery... zaczynało się robić ciemno. Oznaczało to godzinę grozy- atak komarów. Nigdy w życiu nie widziałam takiej ilości naraz! Przy jednym trzepnięciu ręką  (w obronie własnej), na skórze pozostawało przylepionych kilka a nawet kilkanaście krwiopijców. Niewiele myśląc złapaliśmy latarki i pobiegliśmy na plażę. Tam, dzięki morskiej bryzie, komarów nie było, a dodatkowo zaczynał się przepiękny zachód słońca. 
Awala- Yalimapo to jedna z głównych plaż wylęgowych żółwi morskich, z największym natezeniem między kwietniem a sierpniem, na kiedy to przypada okres lęgowy większości gatunków. My byliśmy tam pod koniec maja. Żółwie najczęściej wychodzą złożyć jaja w nocy, tuż przed i po przypływie. Mieliśmy nadzieję na owocny wieczorny spacer. Znaleźliśmy dwa żółwie zielone- całkiem nieźle, ale tym razem nastawialiśmy się na coś większego.....
Wróciliśmy do carbet, rozpaliliśmy ognisko/grilla a później wskoczyliśmy pod moskitiery, na krótką drzemkę w hamakach. Na szczescie komary też poszły już spać.
Obudziliśmy się ok 3 nad ranem. Wczesna pobudka związana była z godziną kolejnego przypływu. Chcieliśmy zdarzyć przejść ok 5 km plaży (w każdą stronę) zanim poziom wody za bardzo się podniesie.
Okazało się że wczesna pobudka i długi spacer zostały wynagrodzone. Udało się! Spotkaliśmy dwa żółwie skórzaste. Są to największe żyjące obecnie żółwie morskie. Osiagaja długość nawet 2 metrów a rozpiętość płetw dochodzi do 3m!Nie mają też typowej skorupy, a raczej pancerz pokryty grubą skóra!
Widoku tego olbrzyma skladajacego jaja nie da się opisać!
Dodatkowo znaleźliśmy jeszcze kilka żółwi zielonych oraz dwa mniejsze, ale tak się zagapiliśmy wczesniejszym spotkaniem że skórzastymi, że na te mniejsze zbarklo nam czasu. Woda zaczęła się podnosić i trzeba było uciekać. Większość drogi powrotnej pokonaliśmy w wodzie prawie po pas. Było warto!

Następnego dnia zaliczyliśmy jeszcze kąpiel i piknik nad strumykiem po drodze. Lepszego początku naszego pobytu w Gujanie chyba nie moglibyśmy sobie wymarzyć!